Henryk - ciąg dalszy mojej opowieści "Życie jak dynamit"

"Przyznaliśmy, że jesteśmy bezsilni wobec alkoholu, że przestaliśmy kierować własnym życiem"

W moim przypadku do kroku pierwszego podchodziłem dwa razy. Już przed terapią miałem świadomość, że moje picie jest chorobliwe. Nie umiałem się nie upić. Mówiłem o sobie, że jestem alkoholikiem ale absolutnie tego nie rozumiałem. W końcu jak się jest alkoholikiem to trzeba to pokazać całemu światu i powiedzieć. Była to dobra wymówka do tego aby zaliczać ciągi alkoholowe. Ja po prostu żerowałem na słowie alkoholik.

W moim towarzystwie właśnie tak to było odbierane. Kurcze trzeba mu dać wódki bo chyba umrze. Obracałem się w różnym towarzystwie, w którym piło się różnie. Od kieliszka po kubek, jednak jeśli znalazłem się w towarzystwie, które spotykało się aby pogadać, nie popić, tylko pogadać bardzo szybo musiałem wychodzić. Gnało mnie tam gdzie alkohol lał się strumieniami. Zaczynałem inteligentnie a kończyłem pod sklepem z butlą wina w ręku.

Ja MUSIAŁEM pić , dziś wiem że była to prawda. Rzeczywiście musiałem. Po wielu perypetiach życiowych, trafiłem na odwyk. Tu także jak sądziłem musiałem się znaleźć. Sterroryzowana rodzina, groźba rozwodu, przeboje z policją, zła atmosfera w pracy. Problemy z psychiką, których ja nie byłem świadom, dały taki efekt, że trafiłem na terapię. Ludzi przez których tam trafiłem, ( żona ,kierownik ,sąsiedzi ) traktowałem jakby mi wyrządzili wielką krzywdę. Jednak na terapii niepokornie mówiłem, że ja tu przecież sam przyszedłem. Szybko jednak przyszło zmienić zdanie, bo mimo wszystko co myślałem o tych ludziach byłem zmęczony życiem i zaliczaniem kolejnego dna.

W ośrodku zaczynałem odkrywać siebie. Czym jest uzależnienie, czym jest choroba alkoholowa. Znalazłem wielu przyjaciół, którzy tak samo jak ja chcieli aby ich koszmar minął. Bardzo miło wspominam ten czas pomimo tego, że nie było koło mnie moich bliskich do których tęskniłem (żony ,syna). Atmosfera na terapii była bardzo miła życzliwa i pełna zrozumienia. Poczułem jak pierwszy raz od wielu lat ktoś wkłada w moje ręce życie od nowa. Znowu chciało mi się żyć. Terapia zbliżała się do końca. Zrozumiałem, że ludzie przez których tu trafiłem, wcale nie są moimi wrogami, że to właśnie im zależało jeszcze na mnie. Czułem wdzięczność im i Opatrzności.

No GENIALNIE. Przyszedł upragniony dzień, kiedy mam wychodzić z ośrodka i spotkać się ze swoją rodziną, a ja się boję. Tak dziś wiem dlaczego mnie to dopadło. Wkraczałem w nowy świat, świat, który musiałem odkrywać na nowo. Niby wiedziałem jak to się robi. W ośrodku dostałem wszystko czego byłem ciekaw odnośnie swojej osoby. Jednak co innego wiedza a co innego życie. Teraz od podstaw musiałem budować swój trzeźwy świat. Teraz musiałem stawić czoło problemom, które były skutkiem mojego picia. Jezu drogi, myślę sobie, prawie rozwalona rodzina. Praktycznie bezrobotny, bo rzeczywiście nie wiedziałem jaka będzie reakcja mojego pracodawcy. No nic dziwnego że się bałem. Wola Boska, poszedłem.

Długi spłaciłem dosyć szybko. W pracy dano mi szansę. Tylko moja Gusia patrzyła na mnie z niepokojem. To ona właśnie była najbliżej mnie, i to ona była najuważniejszym moim obserwatorem. Powiem szczerze, nie zachowywałem się normalnie. Motało mną. Nie widzieli tego moi przyjaciele ale ona tak. Bezsenne noce , strach przed zapiciem , niekiedy było tak, że spotykało mnie coś czego nie rozumiałem. Wkurzałem się i pieniłem. Miało być lepiej i co? Mimo swojej wiedzy, mimo mityngów, mnie ciągnęło pod sklep. Z daleka obserwowałem byłych swoich kompanów. Miałem 26lat. Wiedza wiedzą a życie życiem. Mimo dosyć częstego uczęszczałem na mityngi, moje życie stało się zbyt monotonne. Poukładałem sprawy, miałem pieniądze, pracę i dom. Jednym słowem stanąłem na nogi. Nie piłem 10 miesięcy. Pomimo tego, że chodziłem na spotkania AA przestałem słuchać i chyba myśleć.

Trzeba było widzieć przerażenie mojej żony. Otworzyła mi drzwi a ja się nie mogłem w nie zmieścić. Pamiętam uczucie na drugi dzień. Oprócz straszliwego kaca fizycznego jeszcze "moralniak". Nie goliłem się chyba tydzień. Czułem wstyd i porażkę. To co tak sobie poukładałem legło w gruzach. Najgorsze jest to, że nie starałem się tego odbudować. Stało się. Mimo tego, że powiedziane jest: NIE MA POWROTU DO KONTROLOWANEGO PICIA - ja starałem się łamać tę regułę.

Najpierw było piwko raz dziennie. Później nie wiadomo kiedy zrobiło się dwa, trzy. Aż po pół roku walki znowu ciąg i kolejne dno. Dno, na którym tym razem byłem już zupełnie sam. Moje próby zakończyły się miesięcznym potężnym ciągiem. Doszło do tego, że piłem i piłem, i nie mogłem się upić. Były to potężne dawki alkoholu, które dawały mi tylko upragnione dwie godzinki snu. Tak, modliłem się o sen i o to, aby się nie przebudzić w środku nocy. Przetrwanie do rana było koszmarem. Gdyby nie zbrakło mi sił żeby wyjść z domu ( sił i pieniędzy ) dziś bym pewnie o tym nie pisał. Przymus picia był wielki. Mimo to wmawiałem sobie: od jutra nie piję. Organizm dopominał się tego z wielką siłą. Alkohol jak chciwy wierzyciel wysysał ze mnie ostatnie siły. W tym momencie śmierć nie była argumentem. Gdy przyszedł dzień, kiedy nie miałem już za co pić ( wiedziałem, że kiedyś musi nadejść - być może właśnie tego się tak panicznie bałem ) i nie miałem siły wyjść z domu nadeszło najgorsze. Nie zapomnę do końca życia tego bólu, kiedy to " mięso odchodzi od kości " i wstyd poprosić kogokolwiek o szklankę wody. Leżałem tak prawie tydzień. Straszne to były chwile, przepełnione potężnym bólem. Myślę, że właśnie wtedy wykuwała się moja nowa świadomość.

JESTEM ALKOHOLIKIEM. Dotarło to do mnie. Te słowa jestem alkoholikiem odkryłem na nowo. Widać tak mi było pisane, aby właśnie w ten sposób się to odbyło. Życie znowu rzuciło mnie na kolana. Tym razem już z pokorą przyznałem, że przegrałem. Totalna kapitulacja. Ileż bólu i cierpienia było trzeba, aby odkryć to co już od dawna tak naprawdę wiedziałem.

Dzięki Bogu przeżyłem. Dzisiaj dziękuję Bogu i ludziom, którzy podali mi dłoń wyciągając mnie z piekła samotności i upokorzenia. Droga jaką przebyłem, aby pogodzić się ze swoją chorobą, jak widać na załączonym obrazku nie zawsze była prosta. Poprzez swoją pychę i brak pokory musiałem dotknąć dna dwa razy. Aby poczuć się wolnym ,musiałem się poddać. Ten paradoks nie dotyczy tylko choroby alkoholowej. Czasami życie wbrew pozorom bywa bardzo przekorne. Tak już bardziej humorystycznie Niemcy po drugiej wojnie światowej, tez musiały, podpisać kapitulację, aby stać się dziś gospodarczą potęgą . Na zakończenie posłużę się słowami piosenki, która mi właśnie przyszła na myśl:

NAJTRUDNIEJSZY PIERWSZY KROK
ALE WARTO PODJĄĆ TEN TRUD