Andrzej

"Przyznaliśmy, że jesteśmy bezsilni wobec alkoholu, że przestaliśmy kierować własnym życiem"

Jedno zdanie a ileż sposobów interpretacji. Ja również zmieniałem zdanie i sposób rozumienia tego kroku w miarę upływu lat. Słysząc na mitingach wiele wypowiedzi na ten temat powoli kształtowałem swoje rozumienie tego kroku, który jest podstawą programu AA, mojego programu. Aby przyznać się do bezsilności musiało upłynąć wiele lat. Ostatnie picie przekonało mnie, że po pierwszym łyku alkoholu przestaję panować nad sobą: nad tym co mówię, co robię, ile piję itp. Odczułem to aż nadto boleśnie.

Najwięcej kłopotów miałem z drugą częścią: "że przestaliśmy kierować własnym życiem"Spotykam wielu ludzi, którzy dzielili się ze mną swoją interpretacją i pojmowaniem tej części Kroku Pierwszego.

  • jedni mówią, że nawet teraz, kiedy już nie piją, też nie kierują swoim życiem - kieruje nim Bóg
  • inni, że kierują, bo podejmują świadome decyzje
  • jeszcze inny, że kierują tylko w określonych aspektach swojego życia

Te różne podejścia narobiły w mojej głowie wiele zamętu. Ja nie wiedziałem jak jest ze mną. Zacząłem od zdefiniowania swojego Boga. Dla mnie Bóg to miłość, mądrość i dobro doskonałe. Byt niematerialny, który dzięki temu jest obecny wszędzie i zawsze.

Przedstawię tu moje pojmowanie i rozumienie tej części Kroku Pierwszego.

Bóg dał każdemu człowiekowi Wolną Wolę. W chwili urodzenia i ja dostałem to potężne narzędzie: aby uczynić swoje życie szczęśliwym i dobrym a więc zgodnym z Wolą Boga. Stanąłem przed labiryntem zwanym "MOJE ŻYCIE", gdzie na każdym "skrzyżowaniu" miałem do wyboru 4 możliwości:

  • iść prosto
  • skręcić w lewo
  • skręcić w prawo
  • zawrócić

Było też wiele innych znaków występujących wielokrotnie:

  • STOP
  • Uwaga niebezpieczeństwo
  • Wyboista droga
  • I ten z napisem "ŚMIERĆ" ustawiony w wielu miejscach mojego labiryntu

Kiedy byłem pod opieką rodziców to oni dokonywali wyborów chcąc dowieźć mnie bezpiecznie do chwili, kiedy będę dorosły i sam zacznę podejmować decyzje. I taki dzień nadszedł z chwilą ukończenia liceum. Wziąłem stery w swoje ręce.

Rozpoczęła się jazda (dziś mogę powiedzieć jazda bez trzymanek).

Miałem dwie wizje świata. Tę przekazaną mi przez rodziców (bezpieczną drogę) i tę, którą obserwowałem każdego dnia. Ludzi pod wpływem alkoholu, pijących i bawiących się w najlepsze. Przy okazji nie ponoszących konsekwencji jak mi się wydawało. Wybrałem tę drugą drogę.

Już na początku zacząłem ponosić przykre konsekwencje i bolesne rozczarowania. Już wtedy przekonałem się, że wszyscy je ponoszą, tylko to ukrywają. Mimo to dalej szedłem tą drogą. Mijałem kolejne znaki ostrzegawcze ale nie robiło to na mnie wrażenia. Brnąłem dalej. Im strata była większa, tym więcej piłem. Nie mogłem się z tym pogodzić a alkohol pozwalał zapomnieć choć na chwilę.

Przez długie lata picia podjąłem tysiące decyzji. Skręcałem w lewo, w prawo, zawracałem, czasami zatrzymywałem się. Miałem wiele szczęścia, nigdy nie trafiłem na znak "ŚMIERĆ". Moich czterech kolegów tyle szczęścia nie miało.

We wrześniu 1999 roku zatrzymałem się wreszcie przed znakiem "STOP". Był to dzień, kiedy przebudziłem się po swoim ostatnim piciu. "Co dalej?" - to pytanie huczało w głowie jak huragan przedstawiając przy okazji różne sytuacje z mojego życia. Te niebezpieczne, z których mimo wszystko wyszedłem cało ( jazda samochodem pod wpływem alkoholu ) i te kiedy mogłem się zatrzymać aby zastanowić się nad sobą . Miałem tyle okazji i ani jednej nie wykorzystałem.

Dwa razy zostałem zmuszony do zejścia z tej drogi biorąc anticol. Szybko jednak skorzystałem z możliwości zawracania. Z uporem maniaka jeszcze kilkakrotnie wracałem na drogę, gdzie alkohol był nieodzowną częścią życia. Ale tamtego września, kiedy zostałem zupełnie sam, zapragnąłem to zmienić. Zawróciłem, ale tym razem na odwyk. Okazało się, że zawracanie nie zawsze musi oznaczać powrotu do picia! 

Dziś idę swoją trzeźwą drogą. Jest na niej wiele różnych znaków. Teraz zwracam na nie baczną uwagę. Kiedy spotyka mnie sytuacja, w której nie wiem co mam zrobić zatrzymuję się na poboczu. Pytam przechodzących ludzi o radę i drogę. I otrzymuję informacje, które pozwalają mi podjąć decyzję jak mam postąpić ( są to mitingi lub rozmowy po mitingu). Często skręcam w różne strony, czasami zawracam aby ponownie zmierzyć się z problemem. Nie macham już ręką, jak kiedyś. Przecież chodzi o moje życie.

A więc czy kieruję własnym życiem? Uważam, że nie. Nie wiem co mnie spotka jutro, za tydzień, za miesiąc. Mój Bóg też nie pokierował mnie na drogę alkoholizmu abym zrobił "piekło na ziemi swoim najbliższym"Zaplanował wiele dróg i powiedział: Idź.

To ja podejmowałem takie decyzje, które do tego doprowadziły. W całym labiryncie swojego życia wybierałem takie właśnie drogi. Podejmowanie decyzji to wg. mnie nie kierowanie własnym życiem ale możliwość wyboru jakości tego życia. Jakość mojego życia zależy ode mnie. Bo na to mam wpływ dzięki otrzymanej Wolnej Woli.

Takie pojmowanie tego Kroku wyjaśnia mi wiele kwestii. Mój Bóg nie chce dla mnie źle, nie chce też źle dla innych ludzi. A przecież ludzie giną w wypadkach, toną w rzekach i jeziorach (przeważnie pod wpływem alkoholu lub z powodu brawury), popadają w nałogi rujnujące życie. To ludzie decydują o wyborze drogi jaką przejdą przez swoje życie. Ponoszą też konsekwencje swoich decyzji. Przecież nie pokierowałbym swoim życiem tak, aby zostać alkoholikiem.

Alkoholizm jest konsekwencją wcześniej podjętych decyzji jak i to wszystko co mnie dziś spotyka. Decyzja o pójściu na odwyk skutkuje dziś spokojnym, pełnym różnych doświadczeń życiem. Od czasu do czasu spełniają się nawet moje skrywane dotychczas marzenia.

I to była najmądrzejsza decyzja w moim życiu.