Paweł i kolejna historia - (znalezione w sieci)

Od niedawna nie piję, a konkretnie od 9 listopada 2007 r. Dopiero teraz potrafię mniej więcej ogarnąć sytuację i ją opisać - czynniki, które spowodowały podjęcie decyzji jak i myśli, uczucia, wydarzenia ostatnich dwóch miesięcy. Pisze to dla siebie nie dla Was. Chce mieć ,,dokumentację'' tego trudnego okresu w moim życiu a świadomość, że ktoś może te ,,dokumenty'' przejrzeć o dziwo powoduje ulgę. Zacznę może notką bardzo suchą, bez zbędnych opisów - piciorysem.

Jak to się zaczęło? Miałem wtedy 13 lat i wchodziłem właśnie w okres buntu. Poczucie samotności i potrzeba przynależenia do grupy były powodami na początku. Innym powodem było to, że udana młodość dla mnie to była ostro imprezowa młodość, zapijaczona, buntownicza. Byłem zauroczony romantyzmem upijania się, ćpania, bycia niezrozumianym, odrzuconym, olewaniem świata i ludzi. Pewnie były tez inne powody lecz ich jeszcze nie poznałem. W siódmej klasie od czasu do czasu piłem po 2-3 piwa - bywało, że więcej. Chyba w ósmej na sylwestra pierwszy raz się upiłem. Rozkręciłem się zaraz po zakończeniu podstawówki... Rockoteki, ogniska, nalewki, wymiotowanie.

Początki liceum to ostre picie weekendowe - życie od imprezy do imprezy. Zacząłem na siłę szukać okazji. Chlanie ważniejsze niż towarzystwo i spotkanie ze znajomymi - picie stało się celem. Pierwszy raz pojechałem na kilkudniową popijawę. Mdlenie po rockotekach. wracanie w obrzyganych spodniach, przewracanie się na imprezach, praktycznie wynoszenie mnie z knajp. Picie dla dystansu i myśli o tym że trzeba z tym skończyć (zwłaszcza gdy byłem pijany i w opłakanym stanie) - podejrzewanie siebie o alkoholizm a przynajmniej dostrzeganie problemu. W drugiej lub trzeciej(chyba trzeciej bo pamiętam jeszcze półmetek) klasie LO na imprezach urwany film w standardzie. Zrobiłem się agresywny po alkoholu i zacząłem powodować bójki. Paliłem już od czasu do czasu trawę i brałem psychotropy. Mimo brania psychotropów dalej piłem. Picie po maturach próbnych i leżenie pod knajpą. Ostra mobilizacja na koniec LO i zdana matura potem egzaminy na studia.

Chciałem by studia wyglądały inaczej (No i wyglądały . . . gorzej). Mówiłem sobie, że ja już swoje przeżyłem i wypiłem, i że dłużej tak być nie może. W wakacje po LO ostro chlałem - zwłaszcza na wyjeździe - 12 dni dzień w dzień pijany. Upiłem się też na wyjeździe, na którym byłem z ludźmi przy których picie jest . . . co najmniej niewskazane. Zależało mi na pewnej działalności studenckiej - wybrałem picie. Zmarnowałem zawodową szanse. Coraz gorsze mniemanie o mnie otoczenia i samego siebie. Zacząłem pić w samotności by poprawić komfort i pić częściej. Piłem na sen, na relax, na nudę, na monotonnie i bezbarwność, na samotność, na zmartwienia, na WSTYD. Tu był już problem by wytrzymać dzień bez alkoholu. Coraz częstsze próby zaprzestania i kontroli ( z takich poważniejszych to gdzieś 4). Pojawił się lęk na dzień następny i na 2 dni po (chyba efekt odstawienia). Dziwne uczucie w brzuchu. Trzęsące się ręce i strach przed ludźmi. Coraz bardziej niewyraźna mowa - lekkie bełkotanie także na trzeźwo.

Doszło do tego, że nie potrafię prowadzić udanej rozmowy z dziewczynami bez alkoholu. Miałem i jeszcze mam wrażenie, że ludzie mnie nie lubią, takie schizy, że mną gardzą (?), są niezadowoleni z mojej obecności.

Straciłem swoją wrażliwość i zdolność zachwytu. W Stanach piłem mimo wstydu wmawiając sobie, że mam w dupie co inni pomyślą. To już była masakra, chciałem móc zrobić całą tę jazdę obowiązkową i już spokojnie pić sobie do końca, by wszyscy dali mi spokój.

Gdyby nie lęk przed piekłem to możliwe, że rozchlałbym się na całego a już na totalnym dnie strzelił sobie w głowę. Smutek, apatia, depresja, gniew, wstyd, poczucie winy i rozpacz - mój stan na 8 listopada 2007 roku.

(Paweł - 14 stycznia 2008)