Jacek - "Przestałem się wstydzić"

Mam na imię Jacek, jestem alkoholikiem. Od jakiegoś czasu mówiąc tak o sobie, nie jestem na pewno dumny, bo nie ma z czego, nie o tym marzyłem ale wstydzić się już także nie muszę. Dzięki Bogu jest ze mną moja żona i moje dzieci, właśnie są mimo tego jak przez lata wyglądało moje życie.

Alkohol towarzyszył mi odkąd pamiętam. Będąc młodym chłopakiem widziałem co on powoduje, pijany ojciec, awantury w domu i obraz matki stojącej w oknie czekającej na ojca, i ja w tym wszystkim zawstydzony, z niskim poczuciem wartości. Pocieszeniem było tylko to, że inni mieli gorzej, ich ojcowie pili więcej. I wtedy właśnie wyobrażałem sobie, że moje życie będzie inne, pełne miłości, wzajemnego szacunku, bez alkoholu, że będę dobry mężem, ojcem, szanowanym człowiekiem, otoczonym prawdziwymi przyjaciółmi.

Wszystko to jednak zaczęło się zmieniać kiedy po raz pierwszy spróbowałem alkoholu i poznałem jego działanie. Miałem wtedy 15 lat. Od pierwszego razu zachwyciłem się tym jak on mnie odmienił. Zniknął mój wstyd, skrępowanie, nagle potrafiłem z każdym o wszystkim rozmawiać. Zdawało mi się, że mam mnóstwo znajomych, przyjaciół, jestem lubiany, zabawny; to był zupełnie inny Jacek; szybko zapomniałem o pretensjach jakie miałem do alkoholu. Stał się moim najlepszym przyjacielem i nie spostrzegłem nawet, że zaczął towarzyszyć mi prawie każdego dnia, przy każdej okazji, bez niego nic już nie było wystarczająco dobre, ciekawe, był obecny przy radościach, smutkach, w pracy, w domu, wszędzie, na każdym kroku. Przez lata nie widziałem że ta przyjaźń jest toksyczna, alkohol stawał się ważniejszy od żony, jej łez, próśb, od dzieci które rosły bez ojca, mówiłem im, że je kocham a tak naprawdę nic o nich nie wiedziałem. I wtedy przyszło nieuniknione, zaczęły dopadać mnie konsekwencje, problemy w pracy, konflikty w domu, upokorzenia, pojawił się lęk, wstyd, rozpacz, a ja nie rozumiałem dlaczego tak jest, chciałem czynić dobro, a byłem katem, nie potrafiłem zapanować nad czymś tak prostym jak picie alkoholu, ja, ten, który chciał mieć wszystko pod kontrolą, radzić sobie w życiu bez niczyjej pomocy, nawet bez Boga. No właśnie bez Boga, teraz to często powtarzam, że przez lata nie było mi po drodze z Panem Bogiem, był dla mnie "wyrzutem sumienia", a ja wyrzutów nie chciałem mieć.

Po drodze były trzy terapie, na które trafiałem zawsze z tych samych powodów, strach, że nie zatrzymam picia i umrę albo dla uspokojenia swoich bliskich i za każdym razem kończyło się to upadkiem w jeszcze większą przepaść. Może za pierwszym razem miałem odrobinę wiary że przestanę pić ale szybko, wiedzę, którą o alkoholizmie tam zdobyłem, postanowiłem przekuć w umiejętność picia kontrolowanego. Stwierdziłem że nie jest ze mną tak źle, że są gorsi i na pewno mi się uda pić długo i szczęśliwie. Dokładnie za rok wylądowałem na następnej terapii, która utwierdziła mnie w przekonaniu, że jestem inny, mi to na pewno nie pomoże, a trzecią to od razu zapiłem i wtedy po tygodniu picia pogrążony w rozpaczy, nie widząc dla siebie wyjścia, bo było mi źle jak nie piłem, a jeszcze gorzej jak piłem, mój dotychczasowy złoty środek na wszystko przestał dawać mi ulgę. Zacząłem się modlić, po raz pierwszy od wielu lat - "Boże pozwól mi przestać pić, błagam" - tak powtarzałem te słowa, nie wiem nawet jak długo. Rano, kiedy wyszedłem z domu, szybko o tym zapomniałem i znowu szukałem ukojenia w alkoholu. Ale Bóg nie zapomniał, wróciłem na terapię, postawił na mojej drodze człowieka, który zaprowadził mnie na miting Anonimowych Alkoholików, bo nigdy wcześniej tam nie byłem. Poznałem tam ludzi którzy mówili o sobie - jestem alkoholikiem, ale oni byli uśmiechnięci, ich życie było radosne, w przeciwieństwie do mnie. Pomyślałem, że też tak chcę i zapytałem jak to zrobić. Odpowiedz była prosta - jeżeli chcesz tego co my mamy, rób to co my.

Ja zaufałem tym ludziom, bo szczerze mówiąc, nie miałem innego wyjścia. Wiedziałem już, że moje pomysły na życie się nie sprawdziły. Usłyszałem, że muszę zaufać Bogu, powierzać mu swoje życie codziennie, znaleźć sponsora i realizować program 12 kroków Anonimowych Alkoholików.

We wspólnocie spodobało się mi od pierwszego mitingu, spotkałem ludzi z ogromnym zaangażowaniem i wiarą w to co robią, nigdy wcześniej takich nie poznałem, więc chwyciłem się ich kurczowo i stali się moim drogowskazem, bo znali tę drogę do trzeźwości. Na początku były to same mitingi regularnie dwa razy w tygodniu, potem codzienna modlitwa, która przerodziła się w rozmowę z Bogiem. Pierwszy poprowadzony miting i wreszcie prośba o pomoc w przejściu programu 12 kroków innego alkoholika. Poprosiłem człowieka, który przykuł moją uwagę swoją wypowiedzią już za pierwszy razem i któremu zacząłem ufać.

Szybko poczułem, że moje życie się zmienia, odeszła obsesja picia, problemy nie do przejścia stały się sprawami do załatwienia. Trzeźwe życie zaczęło mi się zwyczajnie podobać. Świat nabiera kolorów. Wrócił spokój, miłość, zaufanie. Nie zawsze jest tak jak bym chciał, nie zawsze jest łatwo zmieniać siebie, to wymaga pracy, zaufania do Boga, że On wie co dla mnie dobre. Ja mogę tego nie rozumieć ale wierzę, że to część Jego planu. Są wokół mnie moi bliscy, do których mogę mówić kocham i teraz mi wierzą, a także ludzie ze wspólnoty, których mogę nazywać przyjaciółmi, dlatego też musi być dobrze.

Wspólnota Anonimowych Alkoholików dla mnie Jacka alkoholika to coś więcej niż mityng, coś więcej nawet niż program 12 kroków, jest to dla mnie sposób na dobre życie, wypełnione treścią i zgodne z zasadami. To właśnie dlatego już się nie wstydzę.

Życzę pogody ducha - Jacek alkoholik (22.03.2017)