Jacek z Niemiec - (znalezione w sieci)

Nazywam się Jacek. Mam 44 lata, z tego 20 przepite. Jestem alkoholikiem, od 7 lat nie pije.

Moja historia zaczęła się całkiem niewinnie. Pierwszy kontakt z alkoholem miałem mając lat 15. Była to bardziej szczeniacka ciekawość, którą przypłaciłem wymiotami, a na drugi dzień niesmakiem i złym samopoczuciem. Pamiętam, że w tym okresie alkohol wcale mi nie smakował, piłem tylko dlatego, żeby pokazać kolegom i koleżankom, jaki jestem już dorosły. Wtedy też zacząłem wpadać w pułapkę alkoholową. Powoli, ale sukcesywnie rozpoczęło się też psychiczne uzależnienie.

Pamiętam jak ojcu podpijałem wódkę z barku, a żeby się nie pokapował dolewałem do butelki wody. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że alkoholikiem byłem już mając lat 17. Zacząłem życie w wyimaginowanym alkoholowym świecie. Ponieważ z natury byłem bardzo nieśmiały, przed każdą imprezą piłem alkohol, który jak wtedy myślałem, pomagał mi stać się bardziej dowcipnym, dodawał odwagi, pozwalał zapomnieć o problemach. Wydawało mi się, że żadna impreza nie może obejść się beze mnie, przecież stałem się dusza towarzystwa.

W rzeczywistości byłem zwykłym klownem. Nie mój humor i żart rozweselał towarzystwo, to ja byłem tym, z którego się śmiano. Niestety takich rzeczy wtedy jeszcze nie dostrzegałem. Dość szybko doszedłem do następnego etapu choroby alkoholowej.

W miarę zwiększania dawki zaczęły występować skutki uboczne: niepohamowana żądzą alkoholu, trzęsienie rąk, brak koncentracji, "urwany film", pobudka w nieznanych miejscach, huśtawka nastrojów, konflikty rodzinne i zawodowe. Żeby o tym wszystkim zapomnieć piłem coraz więcej, co nie rozwiązywało moich starych problemów a wręcz przeciwnie, przysparzało mi coraz to nowsze. W ten sposób znalazłem się w błędnym kole, z którego nie umiałem wyjść. Będąc na wakacjach jeszcze jako 17-latek potrafiłem cały tydzień pić, a moje pożywienie złożone było z jednej zupy, którą zjadłem i tak przez przypadek.

Wracając z wakacji do domu słyszałem rożne "głosy". Przysypiając wydawało mi się, że ktoś do mnie mówi, próbowałem odpowiedzieć, ale w pobliżu nie było nikogo . . . Na drugi dzień "głosy" odeszły a ja bardzo szybko zapomniałem o całej historii.

Coraz częściej wchodziłem w kontakt z prawem. Towarzystwo, w którym się obracałem składało się z ludzi, którzy bardzo szybko sięgali do przemocy, zwłaszcza, gdy w grę wchodził alkohol.

Pewnego razu przebrałem miarkę i z ledwością wywinąłem się przed "kiciem". Miałem szczęście i dostałem tylko dwa lata w zawieszeniu. Nie muszę już wspominać, że moje wyskoki zawsze popierałem dużymi ilościami alkoholu. Byłem nieświadomy tego, że jestem chory. Tę nieświadomość podzielali ze mną moi rodzice, dla których sprawa była prosta: jak się chce to się nie pije, a jeśli tego nie potrafię, powinienem zgłosić się do ośrodka terapii uzależnień, gdzie zażyje kilka tabletek i będzie "po zawodach".

Wtedy już czułem, że jest ze mną nie całkiem w porządku. Dlatego zameldowałem się w takiej poradni. Wprawdzie nie uważałem się za alkoholika, tylko za kogoś, kto od czasu do czasu po prostu przeholuje. Wyobrażałem sobie, że po leczeniu będę umiał pić z umiarem.

Moje leczenie polegało na przyjmowaniu Anticolu. Było to leczenie tak zwane prewencyjne, polegające na wymuszaniu abstynencji. Najpierw musiałem osobiście zgłaszać się do poradni, gdzie pod kontrolą lekarza zażywałem doustnie "cudowne tabletki", które miały mnie "uzdrowić". Po kilku tygodniach dostałem Anticol do domu - musiałem się tylko, co jakiś czas meldować po następne porcje. Oczywiście cała ta terapia skończyła się fiaskiem. Przestałem zażywać Anticol i zacząłem jeszcze więcej pić niż przed moja "kuracją". Dzisiaj wiem, że pod presją samego strachu niewiele można osiągnąć w walce z chorobą alkoholową i nie jest to właściwą droga.

Tymczasem wykorzystywałem wszystkie możliwości żeby się napić. Nawet idąc z córką na spacer musiałem wypić kilka piw. W pracy już od rana piłem, a po pracy . . .Ciąg dalszy. Moja choroba alkoholowa pogłębiała się coraz bardziej. Nieważne było już czy pije piwo, wino, wódkę, bimber czy nawet spirytus. Nie ważne było, z kim pije, ważne było, żeby jak najszybciej uciec w inny świat - świat bez trosk i problemów. Pamiętam doskonale jak pewnego razu przyszedłem do domu dość przycięty i wypiłem jeszcze ćwiartkę spirytusu z "gwinta".

Moja żona dość szybko przeciwstawiła się takiemu stanowi rzeczy. Namówiła mnie żebym znowu zgłosił się do ośrodka terapii uzależnień. Dla świętego spokoju zameldowałem się tam ponownie i rozpocząłem kolejny okres oszukiwania siebie i rodziny. Leczenie polegało tak jak i poprzednio na zażywaniu Anticolu. I znowu powtórzyła się historia z krótkim okresem wymuszonej abstynencji i powrotem do nałogu.

W międzyczasie postanowiliśmy opuścić kraj i wyjechaliśmy do Niemiec. Przed wyjazdem zaszyłem sobie Esperal (środek podobny do Antikolu, działanie było przewidziane na około półtora roku). Dlaczego akurat Esperal? Żona nie wierzyła w moje obiecanki, że za granicą nie będę pił. Esperal był jej polisą ubezpieczeniową. Rzeczywiście prawie półtora roku nie piłem. Czułem się całkiem dobrze, żona była zadowolona, byłem stawiany za wzór wśród rodziców naszych znajomych, których synowie nie "umieli odmówić". Wyglądało, że wszystko jest w porządku. W końcu minęło półtora roku, Esperal przestał stwarzać dla mnie zagrożenie. Czułem się tak pewnie, że postanowiłem strzelić sobie piwo. Cóż może się stać, pomyślałem, przecież to tylko jedno piwo . . .

Jak mocno się myliłem okazało się już wkrótce. Sądziłem, że mam kontrolę nad alkoholem. Jednak rzeczywistość okazała się inna i o kontrolowanym piciu nie było mowy. Znowu wpadłem w alkoholowe bagno. W tej sytuacji jedynym rozwiązaniem (jak wtedy mi się wydawało) pozostało znowu się zaszyć. Ponieważ w Niemczech już od dawna nie stosuje się terapii opartej na wymuszaniu abstynencji i otrzymanie takich środków jak Anticol, Antabus lub Esperal było niemożliwe, postanowiliśmy wyskoczyć na krótko do kraju, gdzie miałem się ponownie zaszyć (była to w tamtym czasie dla mnie jedyna alternatywa, aby nie pić). Zgłosiłem się do mojej starej poradni, gdzie od razu postawiłem sprawę jasno. Niestety okazało się, żeby być zaszytym musiałbym być trochę dłużej bez alkoholu niż jeden dzień ( zgłaszając się do poradni byłem jeszcze na kacu).

W tej sytuacji nie dostałem skierowania na zabieg i wróciłem powrotem bez Esperalu. Usprawiedliwiłem się szybko przed sobą tym, że przecież chciałem się zaszyć, a że nie wypaliło - trudno, po prostu muszę zacząć pić z umiarem. Umiar miałem około 2 tygodnie i znowu alkohol pokazał swoja przewagę nade mną. Kontrolowane picie - kto z nas alkoholików tego nie zna? Lata niezliczonych prób, które zawsze kończyły się tym samym: upadkiem. Alkoholik nie jest w stanie i nigdy nie będzie kontrolować swojego picia. Musiało jeszcze upłynąć trochę czasu zanim to zrozumiałem i zaakceptowałem.

Moja żona nie poddała się tak łatwo i znalazła dla mnie grupę terapeutyczną. Ja sam takiej pomocy nie szukałem, bo i po co? Przecież w moich oczach nie byłem alkoholikiem. Dalej byłem święcie przekonany, że zdarza mi się tylko od czasu do czasu trochę przeholować. Inni piją i tak więcej niż ja (slogan często używany przez ludzi, którzy nie chcą przyznać, że sami są alkoholikami). Zacząłem uczęszczać na tę grupę. Po grupie miałem taki stres, że musiałem na odprężenie wypić kilka piw.

W tym okresie nie dostrzegałem jeszcze potrzeby uczestniczenia w grupie. Z uporem maniaka próbowałem w dalszym ciągu udowodnić, że umiem pić kontrolowanie, co mi się nigdy nie udało.

Zacząłem wkraczać w kolejny etap choroby alkoholowej. Alkoholowe upojenie przestało dawać mi złudzenie odprężenia i pewności, a pojawiła się apatia i zrezygnowanie. Podupadłem też fizycznie, traciłem w oczach na wadze. Nie bardzo wiedziałem, co mam z sobą zrobić. Nie widziałem celu w życiu. Przepadałem na kilka dni, podczas których byłem w alkoholowym transie. Jeździłem często autem nawet na "urwanym filmie". To, że nie spowodowałem wypadku i nie pozabijałem niewinnych ludzi było prawdziwym cudem. Życie rodzinne prawie już nie istniało. Były to bardzo ciężkie czasy dla mojej rodziny. Ja osobiście nie dostrzegałem tego, ponieważ byłem zajęty piciem i ubolewaniem na samym sobą.

Pewnego dnia, po kolejnym moim pijaństwie, żona postawiła mnie przed alternatywą: albo pójdę na "odtrucie" albo rozwód. Zdałem sobie sprawę, że to nie przelewki i żona jest naprawdę gotowa wnieść sprawę o rozwód. Przed pójściem na "odtrucie" czułem paniczny strach. Myślałem, że będę zamknięty razem z "czubkami" i kto wie, może i ze mnie zrobią wariata.

Jednak mój pobyt niespodziewanie stał się przełomowym punktem w moim życiu. Moje obawy przed tym, że trafię na oddział dla psychicznie chorych nie sprawdziły się. Ośrodek, w którym przebywałem był przewidziany tylko dla alkoholików, narkomanów i lekomanów. Sposób odtrucia koncentrował się głównie na doprowadzeniu pacjenta do równowagi zarówno psychicznej jak i fizycznej. Była też możliwość zrobienia tam długoterminowej terapii trwającej 6 miesięcy.

Na "odtruciu" byłem 10 dni. Był to jeden z najcięższych okresów w moim życiu. Podczas pobytu widziałem ludzi, którzy przez alkohol doprowadzili się do takiego stanu, że bez stałej pomocy lekarskiej nie byli w stanie samodzielnie funkcjonować. Widziałem tam chorych (na Korsakowa) w delirium, a także ludzi całkowicie wyniszczonych fizycznie: z marskością wątroby, po wylewach, zawałach. Wprawdzie miałem kolegów, z "delirą" i z różnymi pijackimi "odjazdami", ale nie w takim wymiarze, jaki widziałem na "odtruciu".

Nie przypuszczałem, że alkohol potrafi dokonać takiego spustoszenia w organizmie. Patrząc na to wszyto nagle uzmysłowiłem sobie, że jeśli nie przestanę pić to prędzej czy później alkohol mnie zabije! Po około 3 dniach pobytu zacząłem bardzo intensywnie dyskutować z pacjentami z mojej grupy i zagłębiać się w problem alkoholizmu. Słuchałem i wyciągałem wnioski, analizowałem, pytałem i myślałem, w nocy mało, co spałem. Czułem, że stoję przed życiową szansą, której nie wolno mi było zaprzepaścić.

Codziennie mieliśmy zajęcia z terapeutami, którzy otworzyli mi oczy na wiele spraw, nad którymi do tej pory nigdy się nie zastanawiałem. Opuszczając Ośrodek byłem innym człowiekiem. Przełamało się coś we mnie, nagle zrozumiałem, że przez tyle lat żyłem w świecie, którego nie ma, który niszczył mnie, który chciał zniszczyć moją rodzinę, i który skończyłby się dla nas katastrofą.

Przyznałem po raz pierwszy w moim życiu, i to z pełnym przekonaniem, że jestem alkoholikiem. Rzuciłem wyzwanie mojemu nałogowi, czułem też, że jestem w stanie dużo zmienić.

Po 20 latach nadużywania alkoholu nie jest możliwe w krótkim czasie uwolnić się od nałogu. Zdawałem sobie sprawę, że stoję na początku drogi, która na pewno nie będzie usłana różami. Moim pierwszym krokiem w walce z nałogiem były cotygodniowe rozmowy z psychoterapeutą i udział w grupie terapeutycznej, gdzie wspólnie szukaliśmy przyczyn mojego psychicznego uzależnienia. W tym samym czasie razem z żoną zaczęliśmy chodzić do grupy trzeźwościowej dla uzależnionych i współuzależnionych, w której jesteśmy do dziś.

Znalazłem tam zrozumienie i radę - kto może mnie lepiej zrozumieć jak nie inny alkoholik? Swoje miejsce w grupie znalazła też moja żona, która poznała innych współuzależnionych, co pomogło jej lepiej zrozumieć istotę choroby alkoholowej, a poprzez wymianę doświadczeń znalazła odpowiedź na wiele pytań.

Włożyłem bardzo dużo wysiłku w powstrzymanie rozwoju mojej choroby alkoholowej. Sukces ten zawdzięczam między innymi mojej żonie, która zawsze stała i nadal stoi u mojego boku, a także terapeutom i grupie, która do dziś jest stałym składnikiem mojego życia. Zaakceptowałem to, że do końca życia nie mogę pić alkoholu, wiem też, że alkoholikiem zostanę już na zawsze. Choroby alkoholowej nie da się wyleczyć, dlatego też nie mogę nikomu zagwarantować, że nie sięgnę już nigdy po kieliszek.

Jedno wiem na pewno: w dalszym ciągu będę podążał drogą, którą wybrałem przed siedmioma laty. Która jak się też przekonałem, pomogła mi i pomaga w dalszym ciągu żyć i umacniać się w trzeźwości.
Dzięki mojej abstynencji stałem się przede wszystkim człowiekiem szczęśliwym, zrównoważonym z godnością osobistą.

Jak to już ktoś bardzo trafnie ujął: "Życie w trzeźwości stało się dla mnie przyjemnością a nie karą." Kiedyś było dla mnie nie do pomyślenia, że już nigdy w życiu nie mogę napić się alkoholu. Jak to, ani kropli, już nigdy???

Dzisiaj jestem szczęśliwy, że alkohol jest mi niepotrzebny i umiem obejść się bez niego. Na problemy patrzę inaczej niż kiedyś, nauczyłem się rozwiązywać je bez alkoholu. Nowym, bardzo ważnym składnikiem mojego życia stała się grupa trzeźwościowa, bez której nigdy nie doszedłbym tak daleko jak jestem dzisiaj. Przekonałem się też, że samym strachem lub tylko silną wolą jest się z góry skazanym na porażkę w walce z nałogiem. Dzięki mojej chorobie odkryłem wiele rzeczy, które pozwalają mi widzieć świat zupełnie innymi oczyma, oczyma człowieka z przyszłością.

(Jacek)