Historia z Wielkiej Księgi

By zacząć trzeźwieć, musiałem próbować kilka razy

Szpitale, utrata pracy czy rodziny, delirium, próby samobójcze - to wszystko mnie nie dotyczyło. Piłem prawie rok i doświadczyłem tego wszystkiego. Dziś wierzę, że Bóg i AA mają taką moc, która potrafi zmienić moje życie.

Chciałem podzielić się z Wami historią mojego zmagania z alkoholem, moją bezsilnością wobec alkoholu i trudem akceptacji mojego alkoholizmu. By zacząć trzeźwieć musiałem próbować kilka razy. Wychowywałem się w domu, gdzie ojciec pił. Dla mnie było to normalne zjawisko. Dużo starsze rodzeństwo żyło własnym życiem z dala od domu, a kontakty w rówieśnikami sprawiały mi trudności. Musiałem pilnować domu i nikogo nie zapraszać. Czułem się samotny, stale na uboczu. Coraz częściej uciekałem w swój świat fantazji.

Gdy osobiście poznałem działanie alkoholu, świat dla mnie cudownie się odmienił. We własnych wyobrażeniach mogłem właściwie być takim człowiekiem, jakim tylko chciałem. Zmienił mi się nastrój, sposób myślenia, zachowania. Pozwalał mi odbierać całą gamę uczuć: radość, odwagę, ulgę, zapomnienie itp. Powoli alkohol stawał się moim mało wymagającym, ale niezbędnym przyjacielem. Nie musiałem zabiegać o jego względy. Był wszędzie. Wystarczyło kupić i wypić. I działał od razu. Nie mogłem walczyć z pokusą, piłem coraz więcej, bo stale chciałem się czuć lepiej.

Powoli alkohol zawładnął całym moim życiem. Stał się ważniejszy od rodziny, żony, dziecka, przyjaciół, pracy, moich zainteresowań. Wypaczał i niszczył moje życie duchowe. Emocje poszarpał w strzępy. Po 18 latach tej przyjaźni z alkoholem czułem, że coś nie jest w porządku i chyba zostałem oszukany. Zacząłem ponosić porażki. Życie stało się trudne. Nie mogłem już zapanować nad tym, co się działo w moim życiu.

Zgłosiłem się do poradni odwykowej. Tam też poszedłem na swój pierwszy miting i wstąpiłem do AA. Wszyscy mówili o całkowitej abstynencji jako jedynej drodze do trzeźwości i nowego życia. To było dla mnie nie do przyjęcia - czy można w ogóle nie pić ? Mnie chodziło o co innego, chciałem pić bez ponoszenia konsekwencji. Po kilku spotkaniach zrezygnowałem i próbowałem pić kontrolowanie.

Po dwóch latach znalazłem się w dużo gorszej i trudniejszej sytuacji. Potrafiłem przerwać picie, ale jak wytrwać w abstynencji. Nie wiedziałem. Moje teorie i wyobrażenia na temat alkoholu nie sprawdziły się. Zgłosiłem sie do innej poradni. Zacząłem chodzić na mityngi w dzielnicy, do której się przeprowadziłem. Było mi ciężko, poprosiłem o wyjazd na odwyk zamknięty. Dwa miesiące byłem na terapii.

Wiele dowiedziałem się o chorobie, ale nie chciałem tego przyjąć do siebie. Ja nie byłem w takim stanie jak wielu innych przebywających tam pacjentów: szpitale, esperale, utrata pracy czy rodziny, denaturat, delirium, próby samobójcze - to wszystko mnie nie dotyczyło. Słyszałem już na mitingach, że to wszystko może mnie spotkać, jak będę pił. Nie wierzyłem, musiałem się przekonać.

Piłem prawie rok i pod koniec 1994 roku doświadczyłem prawie wszystkiego. Stałem się strzępkiem człowieka na skraju wytrzymałości fizycznej i psychicznej. Alkohol pokazał swoją niszczącą potęgę. Bez niego nie umiałem funkcjonować a picie alkoholu tylko bardziej zaciskało pętlę na mojej szyi. Modliłem się o pomoc, dzięki Sile Wyższej zabrakło mi odwagi na realizację moich myśli samobójczych.

Ze strachu przed tym koszmarem zaszyłem się. Esperal miał mnie powstrzymać przed piciem lub skończyć ten koszmar na zawsze. Okazał się raczej odroczeniem, a nie rozstaniem z alkoholem. Chodziłem na mitingi, starałem się słuchać, ale nie umiałem włączyć się w życie AA. Ja uważałem, że esperal pomógł mi, bo nie piłem, a na mitingach mówili co innego. Nie mogłem się z tym pogodzić i trzymałem się na dystans nie ufając w to, co mówią inni.

Po roku upomniał się o mnie mój "przyjaciel", który nie chciał ze mnie zrezygnować - przerwałem abstynencję. Zacząłem pić. Wstydziłem się do tego przyznać na mitingu. Udawałem, że nic się nie stało.

Uciekłem na kolejną terapię, której nie dokończyłem ... Nie widząc innego wyjścia na utrzymanie abstynencji, zaszyłem się drugi raz. Wróciłem do AA. Na krótko zaangażowałem się w służbę skarbnika, a nawet prowadzenie mitingu, ale nadal nie mogłem się otworzyć i być szczery. Ciążyło mi kłamstwo o moim piciu. Mało mówiłem, byłem zablokowany.

Byłem wkurzony, coś mi tu nie pasowało, przestałem chodzić na mitingi i ... znowu przerwałem abstynencję. Historia powtórzyła się trzeci raz, esperal, próba trzeciej terapii. Powrót do AA, ale tylko do jednej grupy. Wydawało mi się, że będzie mi łatwiej poczuć ducha AA, gdy zaangażuję się w służbę. Podjąłem się służby skarbnika - innych unikałem. Niektórzy przyjaciele znali mnie "z widzenia" już od ponad 6 lat. Wstydziłem się przyznać do moich dwóch a właściwie trzech porażek z alkoholem. Straciłem zaufanie żony, niektórych przyjaciół, którzy patrzyli na mnie dziwnie, wiedząc o moich zapiciach.

Czułem się samotny i odtrącony. Na mitingach znów mało mówiłem, nie umiałem wyznać całej prawdy i poprosić o pomoc. Stałem w miejscu. Nikt przecież za mnie nie wytrzeźwieje. Nie chciałem całkowicie poddać się programowi AA i być całkowicie uczciwy wobec siebie.

Nie wytrzymałem tak długo i w 2000 roku wróciłem do picia alkoholu. W czerwcu 2000 roku, rozpoczynając terapię, już się nie zaszywałem; wiedziałem, że to nie pomaga. Terapia pomogła. Moja sytuacja w pracy i w domu bardzo szybko się znacznie poprawiła. Czułem się pewny i silny. Zacząłem realizować takie plany, o jakich kiedyś mogłem tylko marzyć. Tak się tym zachłysnąłem, że zapomniałem o zaleceniach terapii. Na mityngi znów przychodziłem jako gość a nie uczestnik i członek AA.

Czyżbym zapomniał kim jestem i po co przychodzę do Wspólnoty, i o co prosiłem Boga w 1994 roku, i nie tylko w tym roku? Chyba tak, bo przestałem chodzić na mityngi AA i kolana też rzadko mi się zginały. Bo po co? I tak jest dobrze. Skończyło to się tym, że mimo tylu przykrych doświadczeń ... kolejny raz zacząłem pić.

Ostatni kieliszek wypiłem 16 kwietnia 2002 roku. Następnego dnia, w środę 17 kwietnia zwróciłem się o pomoc do przyjaciela z AA - pomógł od pierwszego dnia. Cieszę się, że mam Wspólnotę AA, do której mogłem wrócić jak "syn marnotrawny". Odzyskałem wiarę w życie w trzeźwości.

Teraz dotarło do mnie, że sam na pewno nie udźwignę ciężaru przeszłości i wyzwań teraźniejszości. Potrzebna jest mi Siła Wyższa - Bóg i Siła Większa - Wspólnota AA. Wierzę, że obie te siły mają taką moc, która potrafi zmienić moje życie. Mam nadzieję, że z pokorą i z pełnym zaangażowaniem - współpracując z tą Mocą - będę w stanie żyć Jej wolą wobec mnie a nie moją.

("Anonimowi Alkoholicy" str. 166)