Historia Pawła - (znalezione w sieci)

Malutki Pawełek

Jako mały Pawełek byłem niesamowicie rozpieszczany. Nie przez tatusia bo ten jest a raczej był marynarzem tylko przez dziadka, który na czas nieobecności taty pełnił rolę mojego ojca. Mama też o mnie dbała i kupowała mi dosłownie wszystko czego tylko zapragnąłem bo tatuś skwapliwie co miesiąc wysyłał zielone do domu. Miałem wszystko : matchboxy , klocki Lego , kolejki i żołnierzyki. Jednym słowem sielanka dla malucha. Byłem niesamowicie rozpieszczonym i jednocześnie krnąbrnym dzieciakiem. Gdy tata kupował sobie loda większego od mojego to ja z wściekłości potrafiłem na środku ulicy rzucić swoim prosto w niego. Kiedy dostałem za to klapsa to tak długo beczałem na ulicy, aż ojciec musiał kupić mi wymarzoną, kolejną zabawkę.

I tak dorastałem w przeświadczeniu, że świat kręci się wokół małego Pawełka, który jest oczkiem w głowie dla wszystkich. Później, kiedy miałem pięć lat zachorowałem na nerki. Leżałem w szpitalu przez 2 lata. To nie były żarty, byłem ciężko chory i dosłownie uciekłem grabarzowi spod łopaty. Ale i tym razem zostało mi udowodnione, że wszystko jest nieważne oprócz mnie.

Mały Paweł

Nadszedł czas pójścia do szkoły. Ponieważ Pawełek chorował to dziadziuś musiał ciągle go odprowadzać do szkoły. Wszyscy się ze mnie śmiali, pogardzali mną a ja nabawiałem się wciąż to nowych kompleksów. Znienawidziłem szkołę a kolegów pozyskiwałem sobie tym, że miałem fajne zabawki , którymi zresztą często ich obdarowywałem jako "dowód przyjaźni". Rodzice zabraniali mi spotykania się z kolegami poza szkołą twierdząc, że to łobuzy i byle co. Więc siedziałem w domu sam ze swoimi zabawkami. Gdy nieco podrosłem i zacząłem wychodzić po zakupy to koledzy, którzy stali pod blokiem bili mnie, wyśmiewali a nawet pluli w twarz wykrzykując : maminsynek, głupi Golas, laluś.

I tak dorastałem w poczuciu beznadziejności i braku szacunku dla siebie samego. W szkole dla kolegów zero, na osiedlu też lepiej nie mówić. Pod koniec podstawówki zakochałem się. Jako pierwszy miałem dziewczynę i chyba jedynie tym zyskałem troszkę spokoju ze strony kolegów. Chyba mi zazdrościli.

Młody Paweł

Po podstawówce poszedłem do ogólniaka, chociaż tak naprawdę tego nie chciałem. Marzyłem o Technikum Samochodowym ale rodzice jak zwykle wiedzieli lepiej. Znowu byłem napiętnowany przez kolesi, że jestem kujon itp. Zaczęły się pierwsze wycieczki klasowe. Czułem się wtedy jak pies spuszczony ze smyczy. Wtedy w pierwszej klasie sięgnąłem pierwszy raz po alkohol. Pamiętam, że upiłem się wtedy do nieprzytomności wraz z kolegą. Wychowawczyni znalazła nas w lesie, śpiących na kocu a obok pusta butelka 0,7.

Później nadszedł czas pierwszych dyskotek, imprez klasowych na których ja zawsze musiałem zwalić się pod stół. Do dzisiaj pamiętam jak spałem pod stołem na urodzinach mojego kolegi z klasy. Na sylwestra tak się upiłem, że kiedy staliśmy czekając na autobus to przejeżdżający radiowóz zabrał mnie do Izby Dziecka. Najgorsze były weekendy i dyskoteki . Zawsze upijałem się do nieprzytomności. Ciągle tkwi mi w pamięci obraz jak bramkarze wyrzucili mnie z lokalu a ja opierając się o drzewo wymiotowałem. Nie, nie było szkoda zdrowia tylko tego, że tyle towaru się zmarnowało.

Najgorsze były jednak wakacje. Sam, bez nadzoru rodziców przez dwa, trzy tygodnie nad morzem pod namiotami. Ja po prostu nie trzeźwiałem. Gdy brakowało pieniędzy na alkohol to latałem z kumplami na sąsiednie pole aby okradać inne namioty, żeby sprzedać rzeczy i mieć za co pić. O tym , że zawsze wracałem na bilet kredytowy to już nie wspomnę. W klasie maturalnej piłem niemal codziennie. Aż mi wstyd ale ukradłem mamie całe złoto i schowałem do kolumny aby odczekać i zobaczyć co będzie. Ojciec też pił, więc wszystko było na niego. I jemu też podkradałem pieniądze jak spał pijany.

Sprzedałem złoto, dolary ojca i piłem w knajpie. Dzień w dzień. Gdy przychodziłem rano do baru to kazałem barmanowi aby polał mi setkę z butelki nowej i nikomu więcej z niej nie polewał. Ja zawsze wieczorem wracałem i skwapliwie kończyłem to co rozpocząłem rano. To była tylko dla mnie butelka ...

Aż cud, że zdałem maturę. Rodzice w nagrodę kupili mi nowego Fiata Cinquecento. Wcześniej zrobiłem prawo jazdy ,więc na jakiś czas wódeczka poszła na bok ale nie na długo. Za litra wódki pożyczałem samochód kolesiom. Kiedy już nie miałem pojęcia skąd wziąć na wódkę to samochód sprzedałem. Rodzice, gdy dali mi pieniądze na ubezpieczenie to ja zamiast opłacić składki kupiłem lewy druk a resztę wydałem w pobliskim Pubie. Pieniądze za sprzedany samochód wydałem z kolesiami w Łebie przez tydzień. Gdy rodzice kazali mi zgłosić zaginięcie samochodu na policję to nie miałem wyjścia tylko przyznałem się co nawyczyniałem.

No ale Pawełkowi wolno było wszystko. Powiedziałem, że miałem wypadek i samochód poszedł do kasacji a ja otrzymałem zaledwie parę groszy, które mi ukradziono jak wracałem do domu. Uwierzyli bo byłem poobijany. Tyle tylko, że nie w skutek napadu a kolejnej burdy pod sklepem. Już wtedy miałem przymus picia. Zacząłem wynosić z domu rzeczy. Sprzedałem komputer aby mieć za co chlać. Rodzicom powiedziałem , że się popsuł i wcisnąłem go jakiemuś leszczowi.

Najgorsze były imprezy studenckie. Nie było takiej, na której nie zaliczyłbym zrzutu. Oprócz tego w amoku alkoholowym dochodziła amfetamina, trawka. Pamiętam jak wracałem w sztok pijany z jednej z takich imprez. Wsiadłem do taksówki i zamówiłem kurs do domu. W pijackim amoku zacząłem dusić taksówkarza, aby zabrać mu pieniądze.

Nie wiem jak uciekłem, nic dalej nie pamiętałem. Opowiadał mi to kumpel, który ze mną wracał, nazajutrz na uczelni. Oczywiste, że długo nie studiowałem. Oblewałem wszystkie egzaminy i piłem dalej. Chodziłem na prywatne studia a pieniądze na czesne najzwyczajniej w świecie przepijałem. Kolega robił mi rachunki na komputerze, aby rodzice się nie czepiali. Problem miałem z głowy.

Paweł

Zacząłem pracować w Gazowni na warsztacie samochodowym. Kierownik nie wylewał za kołnierz, lakiernikowi ręka nie drżała po setce no to i ja waliłem w rytm orkiestry Efekt? Popracowałem pół roku i mnie wylali bo tak się upiłem, że zapomniałem iż kanał warsztatowy to nie pisuar.

No wreszcie miałem powód do tego aby pić naprawdę. Umarł mój dziadek, który zostawił mi mieszkanie. Wyprowadziłem się od rodziców, miałem swoją upragnioną wolność i chlałem ile sił. Jak brakowało pieniędzy to szło się na pętlę, aby obskubać jakiegoś bejca po wypłacie. Nie miałem z czego żyć, musiałem podjąć pracę, aby opłacić mieszkanie. Jakoś zdołałem się z tego wszystkiego pozbierać. Zaszyłem się ,poznałem dziewczynę. Nie piłem rok. Wzięliśmy ślub. Akurat wtedy skończyła się zaszywka i na weselu upiłem się do nieprzytomności. Wstyd przed cała rodziną. Noc poślubną spędziłem pijany w piwnicy na podłodze, dosłownie nieprzytomny. Znowu zaczęło się piekło. Piłem dniami i nocami. Kiedyś zabrakło mi alkoholu, dowlokłem się do łazienki i wypiłem żonie perfumy. Dopiero wtedy miałem siłę aby dotelepać się do nocnego sklepu.

To trwało trzy miesiące. Żona mnie zostawiła. Wkrótce się rozwiedliśmy. No i miałem kolejny powód do picia i zarazem usprawiedliwienie! Wredna baba! Wtedy to już było prawdziwe dno. Nie goliłem się przez jakieś pół roku. Tylko wódka i wódka. Oczywiście z mety bo na nic innego nie było mnie już stać a alpag nigdy nie tolerowałem . Pamiętam jak raz spróbowałem przestać pić. Kupiłem sobie połówkę. Lufa i sen. Wstaje, lufa i sen. Myślałem, że w ten sposób wycieniuje i wyjdę z cugu.

Nagle w nocy zaczynam widzieć elfy i małe dzieci, które fruwają nade mną i się śmieją. Mówią miedzy sobą "zobacz ten chłopak umiera" i ten przeraźliwy śmiech. Za parę godzin słyszę głos tak jakby przez tubę: Otwórz okno! Otwórz okno i wyskocz!

Przerażony zacząłem krzyczeć i przybiegł kumpel, z którym piłem, z drugiego pokoju. Zadzwonił po pogotowie. Zabrali mnie do psychiatryka.

Po wyjściu przez krótki okres czasu nie piłem bo się po prostu bałem i nie miałem za co Ale wpadłem na genialny pomysł aby wynająć swoje mieszkanie a dla siebie kawalerkę. Różnica zawsze pozwalałaby na parę flaszek. Tak też zrobiłem. Znowu się zaczęło. Tym razem zaledwie parę tygodni. Nagły niesamowity ból w żołądku i utrata przytomności. Kolega zadzwonił po pogotowie . Zabrali mnie do szpitala. Diagnoza: Perforacja wrzodu, zapalenie wątroby. Ledwo mnie odratowali ...

Świadectwo

Podczas mojego pobytu w szpitalu odwiedził mnie kolega, z którym kiedyś piłem. Urwał nam się kontakt jak wyprowadziłem się od rodziców. Opowiedział mi o AA o tym , że można żyć inaczej. Patrzyłem na niego jak na idiotę ale z drugiej strony dało mi to coś do myślenia. Zawsze był taki obdartus a teraz ładnie ubrany, taki zadbany , jakiś inny . . . Pomyślałem: Jehowy czy co?

Na moje wyjście ze szpitala przyjechał po mnie. Nic nie mówiąc zabrał mnie na mityng. Powiedział tylko, że to jakieś tam zebranie, w którym musi uczestniczyć, i że to nie potrwa długo. Siedzę i słucham: Andrzej Alkoholik, Jurek Alkoholik, Teresa Alkoholiczka. Oniemiałem z wrażenia! Alkoholicy? A gdzie smród, niechlujny wygląd, czerwone gęby? Jaja sobie ze mnie robią.

Tak z nudów, ze strachu i dla towarzystwa zacząłem chodzić leczyć się tą herbatką. Nic do mnie nie docierało. Któregoś dnia znowu zacząłem pić. Piłem 5 dni. Znowu zdychałem. Mój przyjaciel zaproponował mi detoks. Zgodziłem się bo do szpitala wstydziłem się po prostu iść . Znowu te same pielęgniarki, lekarze. Co ja im powiem? Na detoksie dowiedziałem się, że alkoholizm to choroba a nie wada charakteru, że jest na to sposób, że jest odwyk, terapia. Nie wiele z tego rozumiałem. Terapia? Ale zgodziłem się. Zresztą w domu nie miałem co jeść a tu ciepło, dadzą jeść . . .

Na mitingach na Odwyku zobaczyłem znowu uśmiechniętych ludzi, czule się witających, mówiących o swoich problemach, radościach, smutkach. I to wszystko było mi takie znane. Pomyślałem: "A może warto by spróbować?"

Narodziny

I to była moja najmądrzejsza decyzja w moim całym życiu. Zrozumiałem, że jestem chory ale mam szanse żyć godnie pomimo tego ,że jestem alkoholikiem. I tak już zostało do chwili obecnej. Dzisiaj oprócz tego, że jestem alkoholikiem to jestem zadowolony z życia, każdego trzeźwego dnia. A poza tym mam kolejną szanse aby stać się lepszym człowiekiem niż wtedy kiedy nawet nie piłem.

Zapytacie jak ? Ano poszedłem do mądrych ludzi. Za symboliczne parę groszy wrzucone do kapelusza albo za darmo mam najlepszych przyjaciół i najlepsze lekarstwo na chorobę śmiertelną i postępującą. Mam program na całe życie, które chcę spędzić trzeźwo i godnie, bo mam do tego prawo czego i Wam wszystkim życzę z całego serca, przepełnionego miłością do ludzi bo oni też kiedyś mi pomogli. Będzie dobrze, zaufajcie mi tak jak ja kiedyś uwierzyłem.

Naprawdę warto! Nie trzeba cierpieć, nie trzeba umierać!

(Paweł Alkoholik)