Henryk - "Życie jak dynamit"

Mam na imię Henryk. Dziś mogę powiedzieć o sobie jestem alkoholikiem ze spokojem, wiarą i nadzieją w przyszłość. Ale nie zawsze moje życie było takie proste.

Urodziłem się 25.05.1969 r., podaję dokładną datę aby ewentualny czytelnik mógł uzmysłowić sobie w jakich czasach przyszło mi dorastać, nawiasem mówiąc czasy towarzysza "Ilicza" Gierka. Dzieciństwo swoje spędziłem na wsi. Moja kochana rodzinka była przeciętną jak na owe czasy chłopsko-robotniczą rodzinką, w której tato nie stronił od alkoholu a mama skutecznie się temu przeciwstawiała. Nie ma się co dziwić ojcu. Wtedy każdy chłop walił aż echo szło, bo miał za co i rodzinie starczyło, i na piwo było.

Pomimo tego, że tatko lubił wypić był człowiekiem zaradnym. Fakt, nie brakowało mi niczego, o przepraszam nam. Bo muszę podkreślić, że oprócz mnie wcześniej urodził się mój braciszek Zbyniu i siostrzyczka Urszulka.

Jednak ja byłem najmłodszy z rodzinki i skutecznie umiałem to wykorzystać. Moje kochane rodzeństwo było ode mnie sporo starsze, więc na nich głównie spoczywał obowiązek opieki nade mną. Fajny to był czas, bardzo miło to wspominam. Oni raczej nie, bo kabel byłem pierwszej wody, a oni właśnie zaczęli jak to się potocznie mówi "pękać kawalerkę" a tu taki mały bąbel koło nogi.

Pochodzę z pełnej rodziny. Wspomnę także o mojej kochanej babci Kazi, z którą uwielbiałem przebywać wieczorami. Opowiadała wtedy jaką drogę przebyły z mamą w czasie II Wojny Światowej. Syberia, Kazachstan, Teheran, Indie, słuchałem tych opowieści z otwartymi ustami. Oczyma wyobraźni widziałem te palmy, słonie, ludzi. Nie było wtedy telewizorni. To znaczy była ale nie tak dostępna. Dwa, trzy telewizorki na całą wieś i to wszystko. Wyobraźnię małego dziecka kształtowały właśnie takie ustne przekazy. Wyobraźnia, która w późniejszym czasie nastręczyła mi wielu kłopotów. I tak jak najkrócej umiałem, opisałem swoją rodzinę pierwotną i mój kochany dom z dzieciństwa.

Ponieważ mama z tatą pracowali w mieście, poszedłem do szkoły do miasta, gdyż mamie było bliżej aby mnie odbierać . Początki mojej edukacji nie były lekkie, dzieci ze wsi nie były przyjaźnie traktowane. Potem też nie było łatwo. Dojazdy praktycznie mnie wykańczały. Najgorsze były zimy, kiedy to autobusy podmiejskie przestawały kursować i trzeba było co dzień przebijać się przez zaspy śniegu. Do szkoły docierałem już zmęczony i ani mi w głowie było słuchać wywodów nauczycieli. Zimą śnieg a wiosną pomoc w gospodarstwie. Zazdrościłem moim rówieśnikom z miasta dostępu do kina, do różnego rodzaju kółek zainteresowań typu: szermierka, harcerstwo a przede wszystkim wolnego czasu. Ja musiałem pomagać, i niekiedy zmagać się z nadopiekuńczością mojej Mamy. A to za daleko, a to niebezpiecznie, a to znów za późno. No mówię wam koniec świata. Rekompensowałem to sobie w inny sposób.

Na wsi nie brakowało mi kolegów, z którymi dorastałem i mieli podobne życie do mojego. Też mieli wiele obowiązków ale zawsze znajdowaliśmy czas na wspólną zabawę śmiech. Zimą hokej na lodzie. Kto tam myślał o łyżwach. Kawałek drąga wyciętego z olszyny, za krążek służył obcas z jakiś starych butów. Mnóstwo siniaków i obolałe ciało ale to była frajda. Wiosną nabożeństwo majowe, na które się zbierała cała młodzież ze wsi a przed i po majowym gra w piłę na pobliskim boisku. Przekomarzanie z dziewczynami wieczorami na ławkach. Zapach bzu, kwitnących jabłoni i siana. Latem żniwa, kąpiele w rzeczce zabawy taneczne w remizie. Jesienią wykopki dym z ognisk, pieczenie ziemniaków. Umorusane gęby, na których ledwie rozpoznawalną rzeczą były tylko promyki oczu.

Tak oto minęły lata, beztroskiej młodzieńczej szczęśliwości. Ukończyłem swoją edukację na szkole zasadniczej. Trzeba było zacząć zarabiać pieniążki. W ciągu całego mojego dzieciństwa alkohol u mnie pojawiał się bardzo rzadko. To chyba dzięki mojej matce, która to lała w gębę jak tylko wyczuła woń alkoholu ode mnie. Dlatego też starałem się nie przeginać, chodź nie powiem żebym nie spróbował. Wiedziałem jak działa, bo pierwszy raz napiłem się na weselu u sąsiadów. Był to mój pierwszy kontakt z taką ilością alkoholu. Wypiłem wtedy chcąc błysnąć przed kolegami ćwiartkę wódki duszkiem. Moją reakcją był śmiech. Śmiałem się nie wiadomo z czego. Ależ wtedy dostałem manto! Miałem zaledwie 13 lat. Żeby nie ojciec to by mnie Matula chyba zatłukła. Później też były okazje ale zawsze już byłem ostrożny. Alkohol dawał mi wtedy wiele. Tworzył nastrój, wywoływał marzenia. Pozwalał się odnaleźć wśród grona przyjaciół, dla których prędko stałem się duszą towarzystwa. Pogaduchy na ławce wieczorami, osiemnastki, imprezy taneczne typu dyskoteki. Ale jak już wspomniałem nie przeginałem obawiając się reakcji Matki a i wstydu potem.

Gdy i ja osiągnąłem pełnoletność i zacząłem zarabiać pieniążki poczułem się wolny. Chodź oddawałem Matce pobory, to i tak była nieco bardziej wyrozumiała. Rozumiała, że młodość musi się jakoś rozładować. Zawsze zostawiała mi parę złotych, ja przeznaczałem głównie na alkohol. Myślę, że właśnie wtedy zaczął się początek mojego uzależnienia. Wolność, bo w końcu pełnoprawny osiemnastolatek nie odbiegający od normy. W moim towarzystwie każdy pił . Nie robię nikomu nic złego. Przecież, nie robiłem ale oczu matki nigdy nie zapomnę. W końcu nie po to mnie chowała, żeby patrzeć jak jedynym celem jej syna staję się wyjść na ławkę wieczorem i się napić. Ojciec nic się nie odzywał. Stał i patrzył z boku. Nawet on nie wyobrażał sobie jak tak można. Pomimo tego, że sam nie stronił od alkoholu. Miał swoje marzenia i dążenia, starł się zrozumieć.

Poszedłem do wojska, szybko mi ten horror minął bo nie dosłużyłem do końca. "Rozpieszczeniec" i kombinator, w każdym razie, wyszedłem z wojska z rozpoznaniem choroby "Nerwica lękowo-depresyjna". Gdybym był inteligentniejszy na ów czas to bym sobie to wziął do serducha i poczytał jakie zalecenia były na karcie: ABSOLUTNY zakaz spożywania alkoholu.

Dla mnie ważne było to, że udało się wyskoczyć. Zacząłem znowu pracować. W pracy alkohol lał się szerokim strumieniem. W domu na ławeczce to samo. Zaczęły się urwane filmy. Nie brałem tego do głowy ponieważ miałem komfort picia. Ciepły obiadek u Mamy. Oprany, wyprasowany, parę groszy zawsze w kieszeni. Mówiąc krótko gość. Niestety raz po libacji w pracy przeświadczenie o nietykalności znikło jak mydlana bańka. Wracając z pracy doznałem wypadku komunikacyjnego. Połamany samochód i ja również. To, że przeżyłem to cud. Jeden z wielu jakich doznałem. Cud skończył się w szpitalu. Policja i ja połamany, i na dodatek pijany w sztok.

Ale ...... Właśnie tu zaczyna się nowy rozdział mojego życia. Gdy się ocknąłem uczucie było dosyć bolesne. Sami rozumiecie. Potem poczułem jak ktoś gładził mnie po głowie. Gdy otworzyłem oczy ku mojemu zdumieniu nie była to Matka. Stała nade mną osoba, której nie znałem ale jej uroda była dla mnie olśnieniem. Coś wybełkotałem. Chyba, że jest jak Anioł czy coś takiego. Odeszła, ale spać już nie mogłem. Jak się nieco później dowiedziałem miała na imię Agnieszka. Wyszedłem ze szpitala co prawda cały w gipsie, ale o mojej Gusi nie zapomniałem. Zaczęliśmy się spotykać. W moim życiu zaszły przełomowe zmiany, odbiłem od towarzystwa. Mniej piłem. Agnieszka stała mi się bardzo bliską osobą. No co tu dużo mówić zakochałem się. Planowaliśmy ślub.

Ale to moje życie jest tak przewrotne, że nic nie może trwać wiecznie i wcale nie chodzi tu o moją Gusie. Nerwowe i pracowite życie mojej Mamy przyniosło taki efekt, że poważnie zachorowała. Zaczęła niknąć w oczach, jak się potem okazało był to rak i na dodatek złośliwy. Po trzech miesiącach od wykrycia odeszła. Napiłem się wtedy straszliwie. Do dziś sobie tego nie mogę darować, ale to rozumiem. Na ów czas miałem właśnie taki obraz świata. Poczułem się zagubiony. Ojciec też zaczął pić przez pewien czas razem ze mną. Moja Gusia była ze mną. Przy niej starałem się trzymać fason, zresztą tylko ona mi została na tym świecie najbliższa. Wzięliśmy ślub. Poczułem się dorosły miałem i ja teraz swoją rodzinę. Co z tego, choroba zaczęła postępować. Byłem bezrobotny. Długotrwałe zwolnienie lekarskie i nie ma co tu komentować.

Wraz z żoną zamieszkaliśmy w hotelu pracowniczym. Agnieszka poczuła się wyobcowana, w moim rodzinnym domu. Cóż się dziwić. Teść narąbany, mąż narąbany. Dopiero dziś wiem, że walczyła o nasze małżeństwo. Pewnie biedna myślała, że będzie miała chwilę spokoju jak się z ojcem rozstaniemy. W hotelu szybko znalazłem kompanów do picia bo nie stroniłem od alkoholu. Agnieszka szła do pracy a ja na piwo. Upijałem się coraz częściej. Zaczynałem znikać na całe noce. Oczywiście do ojca, tam można było pić bezkarnie.

Z mojego cichego rodzinnego domku pozostało tylko wspomnienie. Teraz miałem gdzie pić i dogorywać na kacu. Agnieszka nigdy mnie nie opuściła. Skutkiem czego na świat przyszedł nasz syn Kamil. Cieszyłem się i to tak, że jak tylko się urodził, stało się to powodem, aby się narąbać do nieprzytomności. Dzięki Bogu nad wszystkim czuwała moja teściowa. Pomogła mi wziąć się w garść abym mógł pojechać po żonę do szpitala. Było mi wstyd, bo wówczas przepiłem dużo kasy zamiast kupić wyprawkę dziecku.

Czas mijał, dziecko dorastało. Nieraz musiałem patrzeć w jego smutne i zawiedzione małe oczka. Tata mi obiecał i on czekał na tatusia, który zjawiał się nad ranem. Na drugi dzień cieszył się, że w ogóle jestem w domku. Wtedy już pracowałem znowu. Chodziliśmy z moją Gusią na zmiany do pracy i też opiekowaliśmy się na zmianę naszą pociechą. Pamiętam, że jak wchodziła do domu ja natychmiast musiałem wyjść, gnało mnie do kumpli i picia. Wtedy to poznałem czym są ciągi alkoholowe. Co znaczy wstyd, nienawiść do samego siebie i świata. Przepiłem wszystko, swoje marzenia, pieniądze. Przestało zależeć mi na miłości Boga i ludzi. Stawałem się po prostu ludzkim zwierzęciem. Tylko te małe oczka patrzyły na mnie z miłością. Pamiętam jak do naszego miasteczka przyjechała karuzela, ja spłukany ale jakoś tak, że mieli nam płacić w piątek. Obiecałem wtedy swojemu Kamilowi, że pójdziemy. Owszem wypłata była. Tylko tyle, że została w barze. Przyszedłem pijany do domu i nie miałem odwagi na niego spojrzeć. Kurcze minęło już tyle czasu a ja nie mogę o tym ciągle zapomnieć. Wracają te koszmarne wspomnienia.

Moja Agnieszka nie poddawała się, ale tak jak ja nie rozumiała co się w naszym życiu dzieje. Walczyła o swój spokój, spokojny dom, spokój dziecka. Coraz częstsze kłótnie, coraz dłuższe ciągi. Obwiniałem świat, że mnie nie rozumie. Przestałem panować nad swoim życiem. Życie wymknęło mi się z rąk. Nie chciałem tak żyć, nie chciałem w ogóle żyć. Patrzyłem jak ulicą idą ludzie, młodzi ludzie i trzymają się za ręce. Jak ja się nienawidziłem siedząc sam na ławce, napity, daleko od rodziny. Wrak człowieka. I jedyna myśl albo się zapić albo powiesić . Wybrałem to drugie, ale się tak wieszałem, żeby mnie choć zdążyli odciąć. Trafiłem na intensywną terapię bo się jednak co nie co poddusiłem. Jeszcze raz w moim życiu Bóg wyciągnął do mnie dłoń. Tak myślę. Nad moim OJOMOWYM łóżkiem wisiał obrazek Pan Jezusa z napisem "Jezu Ufam Tobie" A we mnie kłębowisko myśli: Jezu dlaczego, dlaczego właśnie moje życie stało się taką udręką? Jezu, dlaczego nie chce mi się żyć? Jezu dlaczego nikt mnie nie rozumie?

Po ojomie trafiłem do szpitala psychiatrycznego na dokładny detox. Tam pierwszy raz spotkałem, ludzi którzy mnie rozumieli. Ludzi, którzy wiedzieli o czym mówię. Najpierw byli to psychiatrzy, potem za ich zaleceniem trafiłem do ośrodka odwykowego. Moja Guśka nie protestowała, rozumiała, że jest to mi potrzebne. Na niej mi zależało, na niej i dziecku. Resztę olałem bo było mi obojętne co kto powie. Co powiedzą w pracy. Zresztą nikt wbrew temu co myślałem nie protestował. Dałem tak w kość swoim bliskim, sąsiadom i znajomym, że się wręcz ucieszyli. Nikt nie wierzył, że to coś mi da, ale oni choć na chwilę byli ode mnie uwolnieni, mieli chwilę spokoju. A ja po cichutku, po malutku odnajdowałem swoja drogę. Swój fundament.

AA

AA to kolejny rozdział mojego życia. Zacząłem uczęszczać na mitingi, bo na terapii, dostałem wytyczne. Z tych mityngów nic nie brałem, ale wiedziałem, że trzeba chodzić. Nasłuchałem się jak ludzie opowiadali o cudzie jaki mieli zaszczyt przeżyć. A mnie krew zalewała, bo mnie tam cuda żadne nie dotykały. Czułem się źle ze świadomością swojej choroby. Mówiłem, że rozumiem, że się cieszę, dało to taki efekt, że do tematu trzeźwienie musiałem podchodzić dwa razy.

Po dziesięciu miesiącach niepicia ( celowo piszę niepicia ) zbrzydło mi takie życie. Znowu ciągi, znowu dno, ale nie zaliczam tego do straconego czasu. Przeżyłem, nie udało się zapić na śmierć a skoro się nie udało trzeba było żyć. Zacząłem od nowa. Jednak tym razem pokorniejszy. Musiałem iść i prosić o pomoc ale kurcze jak już ją otrzymałem to dopiero wtedy było to takie naprawdę moje. Takie wywalczone, takie coś co rzeczywiście mnie dużo kosztowało. Zacząłem pracę nad sobą. W momencie, kiedy zapiłem po terapii, mimo tego, że piłem to bacznie się obserwowałem. Nigdy nie napiłem się już na wesoło. Wcześniejszy humor przy gorzałce zatopiły wyrzuty sumienia. Z początku starałem się kontrolować picie. Jednak najczęściej kończyło się to ciągiem. Już na trzeźwo uświadomiłem sobie, że to co było mi mówione na terapii było prawdą nie ma powrotu do kontrolowanego picia. Ale ja tak już mam, że jak nie sprawdzę to nie uwierzę a poza tym, co tu dużo mówić. Jak poszedłem na terapię miałem 26 lat. Ciężko mi było się pogodzić z tym, że nie mogę pić. Nie rozumiałem siły i potęgi choroby, więc to sobie sprawdziłem. Piszę o tym bo po co ma ktoś sprawdzać. Wystarczy, że ma moje doświadczenie. Ale jeśli ktoś chce?

Po powrocie w szeregi AA byłem już bardziej pokorny. Tak naprawdę szukałem własnego JA. Powoli zacząłem prostować ten swój jakże jeszcze ubogi świat. Znowu na pierwszym miejscu w moim życiu były mityngi a przede wszystkim ludzie, których byłem ciekaw bo naprawdę mnie zainteresowali. Powoli uporządkowałem sprawy finansowe tak jak piszę - powoli już nie z pośpiechem tak jak to było wcześniej. Teraz nareszcie miałem czas. Zaczęło mi się podobać to moje nowe życie. Nie musiałem kraść. Miałem pracę. Poprzez pracę nad sobą zyskałem przyjaciół, bo dowiedziałem się co to jest prawdziwa przyjaźń. Szacunek do ludzi a z czasem i do siebie samego. Odkryłem w sobie cząstkę Boga, z którą często rozmawiam. Jedni nazywają to modlitwą ja nazywam to rozmową. Rozmawiam ze swoim sumieniem. Jakie to czasami trudne możecie się sami przekonać.

Mój dom, który kupiłem wraz z małżonką jest cichy i pełen miłości. Dziś nie wstydzę się przytulić do żony, wziąć ją za rękę. Mój syn dorasta. Na szczęście był za mały, żeby to wszystko pamiętać. Staram się mu wynagrodzić karuzelę, którą mu kiedyś obiecywałem i nie dotrzymałem tej obietnicy. Nie bardzo chce się uczyć piorun jeden, ale rośnie na uczciwego pogodnego człowieka. Ja mogę bez obawy patrzeć w lustro. Mieć marzenia. Jezuuuuu, gdyby moi rodzice to widzieli!

Skończyłem szkołę średnią i podyplomowe Studium Ratownictwa Medycznego. Dziękuję Bogu za cud jaki zdarzył się na moich oczach i którego doświadczyłem. Jaki to jest cud może się o tym przekonać każdy, kto wyjdzie z głębin alkoholowej rzeki i przyjdzie do ruchu AA podejmując trud trzeźwienia i bycia człowiekiem.

Mam na imię Henryk i jestem Anonimowym Alkoholikiem
W ruchu i na trzeźwo 9 lat
Łomża 6-02-2007 r.
Pogody ducha.