Beata

Moje szczęście buduję z wielu drobnych radości. Mam takie momenty w życiu, gdy jest mi dobrze.

Kiedyś pisałam, że potrafię siedzieć na piasku, nad morzem, w mojej ulubionej - coraz mniej niestety dzikiej nadmorskiej wiosce, patrzeć w niebo na gwiazdy, dotykać piasku. Mam tyle spokoju wewnętrznego i tyle czułości do świata. Słucham szumu fal i czuję, że mogłabym tak siedzieć i siedzieć i trwać. I to jeden z nielicznych momentów, gdy nic więcej nie jest mi potrzebne... ani pieniądze, ani wszystkie cuda świata technicznego, ani cywilizacja. Czasem tylko ciepły sweter, który ochroniłby mnie przed wiatrem.

Potrafię cieszyć się swoimi dziećmi. Potrafię patrzeć na moją córkę i słuchać, jak paple tym swoim głosikiem. Mam wtedy tyle czułości. Chce mi się płakać ze śmiechu, że jest taka fajna, że tak śmiesznie opowiada... i uwielbiam wślizgnąć się do jej łóżka, gdy śpi i jest pachnąca tym snem i nocą, przytulić się do jej rozgrzanego ciałka i jest mi dobrze i tak cieplutko. Uwielbiam patrzeć na syna, który jest cały zbuntowany, ale czasem wyłazi z niego takie fajne poczucie humoru, że mam w sercu taki uścisk, że jak to dobrze, że go mam. Trudno mi go przytulać, bo jest wielki i długi, ale czasem złapię go w pasie, a on mówi: - Mamo, no, co Ty - ja jestem już duży! Ale widzę, że sprawia mu to przyjemność, choć pozornie się broni.(..) Kiedyś płakałam na wszystkich przedstawieniach dziecięcych. Musiałam się nastrajać psychicznie, żeby nie beczeć. Szłam do szkoły, gdy syn był mały, albo potem córka i mówiłam sobie: - Beata, tylko nie becz. Nie rób z siebie pośmiewiska. Trzymaj emocje na wodzy. A potem wystarczyło, że mój syn albo córka nieudolnie powiedzieli jakiś wierszyk, albo zaśpiewali piosenkę.., a ja beczę!!!!

Wstydziłam się tego okropnie przed innymi rodzicami, ale dzięki tym łzom pamiętam te uczucia i mam wspomnienia, które wzbogacają mnie i moje relacje z dziećmi. Są fundamentem bliskości. Fundamentem, który trudno zburzyć. Tylko alkohol mógłby go zniszczyć.

Ostatnio odkryłam relacje z innymi ludźmi. To niesamowite. Całe życie uważałam, że to innym się wydaje, że przyjaźnią się ze mną, a mnie ludzie są do niczego niepotrzebni, że uwielbiam samotność, że się ze sobą nie nudzę i nie mam potrzeby bliskości z innymi ludźmi.

To alkoholicy sprawili, że poczułam potrzebę kontaktu z innymi ludźmi. Dobrze się czuję wśród alkoholików. Dali mi ciepło, zrozumienie, życzliwość i bezinteresowność. Odkryłam swoją tolerancję i akceptację dla inności, dla innych poglądów, dla innego sposobu myślenia. Sprawili, że lubię przebywać z ludźmi, choć lubię także bywać sama, ale poczułam, że potrzebny jest mi kontakt z ludźmi. Kiedyś tego nie czułam. Są chwile, że czuję strasznie dużo pozytywnych uczuć do ludzi, do alkoholików. Tego nie znałam. Ludzie byli mi obojętni, drażnili mnie. Dobierałam sobie towarzystwo, jak było mi potrzebne, nie względem picia... bo w fazie bardzo złej, piłam sama..., ale dobierałam sobie towarzystwo względem intelektualnym. Uważałam, że z niektórymi ludźmi nie mam o czym rozmawiać. ,,Słoma mu z butów wystaje" - to moje ulubione powiedzenie. "Matko - jaki to prostak i prymityw".

Piłam, ale i tak uważałam się lepsza niż inni, mądrzejsza. Dzięki alkoholikom odkryłam swoje maski: snobizm i hipokryzję. Alkoholicy sprawili, że patrzę na duszę człowieka, że staram się patrzeć wyrozumiale, że staję się fanem Kubusia Puchatka - fanem prostoty i szczerości, że zaczynam widzieć sercem, i że czuję, jak bardzo czasem dobrze mi z nimi. Staram się przenieść to na grunt ,,normalności". Te relacje staram się przenieść w stosunku do normalnych ludzi, nie mających problemów z
alkoholem. Dużo się uczę i dużo dostaję. Nigdy w życiu nie dostałam tyle ciepła, co od alkoholików.

I tu śmieszny wniosek. Gdybym nie była osobą uzależnioną od alkoholu - nigdy bym tego wszystkiego nie miała możliwości odkryć i poczuć. Nigdy tyle o sobie bym się nie dowiedziała. Wiem, że jeśli chcę być trzeźwa, to powinnam wykluczyć alkohol ze swojego życia. Ale ile ja wspaniałych rzeczy dostaję w zamian???

To niesamowite. Kiedyś odstawienie alkoholu kojarzyło mi się wyłącznie z cierpieniem i beznadziejnym życiem. A wiem, że jeśli będę się rozwijać, to odkryję i poczuję o wiele więcej.

Bo przecież jeszcze nie tak dawno pisałam:
Nie znoszę AA.! Nigdy nie pójdę na realny mityng! Nie chcę tam chodzić! To nic nie daje! AA nie jest dla mnie! Nie chcę pić - ale nie chcę mieć nic wspólnego z AA! Poradzę sobie sama!

Tak było 5 m-cy temu. Jaki to krótki okres czasu i ile się zmieniło. Ale chcę pamiętać o tym, co wtedy czułam, bo wiem, że wiele osób pijących myśli tak samo.

Miało być o szczęściu, o rodzinie a tu masa drobnych, przyjemnych rzeczy. Ale to właśnie te drobiazgi wypełniają mają duszę i składają się na jakąś całość. One tworzą z drobnych elementów, to co ja postrzegam jako szczęście, którego należy szukać w sobie.